Coach Marek miał wszystko: certyfikaty, flipcharta, kolorowe markery i zdanie na każdą okazję. Nawet na tę, kiedy klient mówił: „Nie mam siły żyć”, Marek odpowiadał spokojnie:
– A próbowałeś zapisać trzy rzeczy, za które jesteś wdzięczny?
Problem w tym, że Marek sam przestał wiedzieć, za co jest wdzięczny.
Zaczęło się niewinnie. Najpierw zgubił swój ulubiony marker (ten turkusowy, „od przełomów”). Potem klientka powiedziała:
– Wie pan, te afirmacje… to one działają tylko na papierze.
Marek się uśmiechnął, ale w środku coś mu kliknęło. Jakby ktoś wyłączył światło w pokoju, w którym wcześniej wszystko było podpisane: „sens”, „cel”, „pasja”.
Wieczorem usiadł z własnym workbookiem. Na okładce było: „Twoje życie – Twoja odpowiedzialność”.
Westchnął i otworzył na pierwszej stronie.
Ćwiczenie 1: Kim jesteś?
Marek napisał: „Zawodowo: coach. Prywatnie: zmęczony coach.”
Ćwiczenie 2: Co czujesz?
„Nie wiem, ale raczej nie wdzięczność.”
Ćwiczenie 3: Zmień perspektywę.
Marek przekręcił kartkę do góry nogami.
– No dobra – mruknął – teraz jestem zmęczonym coachem, ale do góry nogami.
Następnego dnia miał sesję z klientem, który powiedział:
– Wszystko mnie przytłacza. Nic nie działa.
Marek spojrzał na niego i po raz pierwszy w życiu nie odpowiedział gotową formułką.
Zamiast tego powiedział:
– To… brzmi naprawdę ciężko.
Zapadła cisza. Taka dziwna, nieco niezręczna, ale prawdziwa.
Klient spojrzał na niego z ulgą:
– No właśnie.
Po sesji Marek odkrył coś zaskakującego: nie miał energii, żeby „naprawiać ludzi”. Ale miał jeszcze coś innego – zdolność, żeby z nimi być. Bez markerów. Bez „przełomów w 7 krokach”.
Wieczorem znowu otworzył workbook.
Dopisał pod „Kim jesteś?”:
„Człowiek, który też czasem nie ogarnia. I to jest… chyba okej.”
Zamknął zeszyt i po raz pierwszy od dawna poczuł coś znajomego.
Nie było to szczęście z Instagrama.
Nie było to też spektakularne „wow”.
To było raczej takie ciche:
„Uff.”
I nawet nie musiał tego zapisywać w trzech punktach.
